Make your own free website on Tripod.com

 

 

 

Up
Artykuły3
Linki
Tak nas widzą...

 

 

               

Janusz Dziedzic

" CUD BSFT"

" Być albo nie być " - odpowiadam - być. Być - ale jak – odpowiadam: „Nie wiem - ale ty wiesz” - tak trawestując i ciut rozszerzając myśl J. Joyce`a zawartą w „ Ulissesie" mógłbym scharakteryzować postawę terapeuty w pracy z klientem. Terapeuty , który korzysta z BSFT.

W zdecydowanej większości przypadków klientki i klienci przychodząc do naszego Ośrodka są pełni oczekiwań, pragnień i ufności w to, że otrzymują gotowe recepty, odpowiedzi i dobre rady. Mógłbym rzec - cali są oczekiwaniem...

Gdy zetknąłem się ponad dwa lata temu raz pierwszy z założeniami teoretycznymi BSFT, o których opowiedziała mi koleżanka - terapeutka z naszego Ośrodka - poczułem autentyczny podziw, a zarazem lekkie uczucie zazdrości – „że też ja tak wspaniałej metody nie znam". Czekałem niecierpliwie na rozmowę z Bożeną o Jej sesjach, o Jej warsztatach w Łodzi. Zadawałem mnóstwo pytań, poddawałem "obróbce" intelektualnej całe sesje, które prowadziła, "kotowałem" i ...wątpiłem.... W końcu koleżanka nie wytrzymała i niemal siłą wyrzuciła mnie na poziom A prowadzony przez Mariolę i Jacka Lelonkiewiczów. Świetnie pamiętam, gdy niemal na starcie zgłosiłem się do Jacka na próbę warsztatową odgrywając rolę swego klienta, z którym w tym czasie pracowałem. Miałem silne postanowienie - w chłodny sposób przyglądać się technice BSFT, którą Jacek będzie stosował i "przyglądać" się swojemu klientowi, którego odgrywałem. Klient był wyjątkowo "odporny" na zmiany, niezwykle uparty w oskarżaniu wszystkich i każdego z osobna. Przysłowiowe męki Tantala były moim udziałem. Bliski byłem rezygnacji.

W trakcie warsztatu, ku swojemu zdziwieniu, a i wcześniejszemu założeniu - ciągłego oporu - zauważyłem jak pytania „Jacka nie dają mi szans na ciągłe narzekanie, obwinianie itd. Te ciągłe pytaniach, „co robiłeś, „ gdy było dobrze”, „ jak to się stało, że było OK”, „ jak wytrzymujesz ten ogrom nieszczęść”, zmuszały wprost do zmiany postawy. Zacząłem skupiać się nad „ wyjątkami” swego klienta, a nie nad ogólnym złem i beznadzieją. Natychmiast jednak po warsztacie refleksja „ poddałem się technice Jacka, bo jestem po to by poznać, „naumieć się” BSFT - ale nie jestem rzeczywistym klientem. Jak ten, rzeczywisty człowiek, ze swoim uporem i zacinaniem się w sobie, zacznie myśleć i pracować dla siebie? Jednym słowem podejrzewałem, że to ja poddałem się technice, że tak naprawdę mój klient nie chce pójść tą drogą. Okazało się, że jednak zechciał, zaczął przychodzić ze swoją żoną na terapię małżeńską - ale to już inna historia.

Kolejne spotkania, rozmowy, warsztaty z Jackiem, spotkania warsztatowe z J.K. Berg, Ch.Ivesonem, G.Sickinger, ( choć w tym ostatnim przypadku - to nie było BSFT) i kolejnymi zachodnimi terapeutami stosującymi w swojej pracy technikę BSFT nie do końca wyjaśniły wszystkich moich, „ izmów", aż nadszedł moment w mojej praktyce szczególny.

Klient oświadczył, że nie pije od przeszło 8 lat, ma cholerne kłopoty ze wszystkim, lekarz od roku aplikuje mu prochy uspokajające - bez których nie wyobraża sobie swojego funkcjonowania, że z żoną układa się wręcz beznadziejnie - ale się nie rozejdzie, bo są dzieci. Żona jest wprost beznadziejna, intelektualnie „ zero", do tego uparta, złośliwa, kłótliwa. Że ożenił się, bo wtedy kodeks zawodowego żołnierza mu to nakazał, że w zasadzie nie wie jak dalej żyć, co z tym robić.

„Powiedz, co mi jest? Co mam robić ? Czy to może wziąć wszystkie prochy i tyle?"

Odpowiedziałem zgodnie z zasadą, ( ale i sumieniem) –

„ Nie wiem"

„ Jak to nie wiesz?!

„ Nie wiem - ale jestem pewien, że ty wiesz!

- Ja? Gdybym wiedział, nie pytałbym!!”

No i zaczęliśmy. Każde ze spotkań rozpoczynał:

„Nie wierzę żadnym metodom, terapeuci z odwyku pieprzą nie na mój temat, spotkania z AA są plotkarskie i bez sensu, do tego na bardzo niskim poziomie - bez sensu. To wszystko niczego nie rozwiązuje, nic nie daje. Ja przecież ponad 8 lat nie piję, a problemy coraz większe.

Czy uczęszczasz na spotkania?

Skąd! Kilka razy byłem w zamierzchłej przeszłości i jak o tym myślę, że traciłem czas na głupoty to mnie aż trzęsie!

Nie mówmy, więc o tym więcej. Nie wracaj, jeśli Ci to przeszkadza.

Opowiedz mi o tym jak się czujesz, gdy pracujesz nad renowacją zabytkowych mebli, jak urządzasz swoje rancho w starym stylu...”

Po trzecim spotkaniu zapytał mnie:

"Jak to się stało, że w ciągu miesiąca udało mi się zejść z kilkunastu tabletek codziennie, do 10 w tygodniu?”

Znów odpowiedziałem:

„Nie wiem. Ale Ty wiesz. Czy możesz mi o tym powiedzieć na następnym spotkaniu?”

Nie dawałem mu na poprzednich spotkaniach konkretnych, bardzo precyzyjnie sformułowanych zadań ( w jego pojęciu).

Pytałem " czy mógłbyś np. zobaczyć, przyjrzeć się, co będzie się działo, gdy będziesz robił więcej tego, o czym tak ciekawie opowiadałeś?.”

I nigdy nie pytałem, czy robił więcej; czy w ogóle robił to, o czym mówił.

W ciągu ostatnich dwóch spotkań stał się natomiast ekspertem od skalowania.

O czym byśmy nie rozmawiali - sam sięgał po kartkę i długopis ( z reguły niemal wyrywał mi te przedmioty z ręki) i graficznie pokazywał mi, gdzie w aktualnej sytuacji znajduje się na skali. Głośno, choć retorycznie pytał mnie, co może zrobić, by się przesunąć w omawianej sytuacji o 1 punkt. Patrzył mi długo w oczy z tym swoim pytaniem - czekał. Odpowiadałem pełnym pytania i niewiedzy wzrokiem. Denerwował się, a po chwili sam zaczął opowiadać, a potem opowiadać, opowiadać...

Przerywałem

" Kurcze - świetnie! Jak na to wpadłeś? Czy jest to realne?

No jasne! To nie jest takie trudne!

Możesz to robić?

Tak!

OK!”

Wczoraj otrzymałem telefon od wspólnego znajomego, który zapytał mnie czy wiem, jaki przełom nastąpił w moim kliencie?

Mój klient ponoć zawsze opowiadał wszystkim, że uważa, iż nie ma dla niego odpowiedniego terapeuty. Że to wszystko „zawracanie głowy”, ponieważ on w swoim życiu przeczytał tak wiele literatury z zakresu psychologii, że nikt i nic nie może go niczym zaskoczyć, a tym bardziej mu pomóc.

Teraz przełamał się, chodzi na sesje, ale już widzi, że lepiej wie, co ma robić ze sobą, lepiej niż jego terapeuta. Na jakimś tam koleżeńskim spotkaniu ogłosił, że przyjdzie do mnie jeszcze raz, bo coś mi obiecał i tyle...

Znajomy z troska zapytał, czy mnie to martwi?

„Ależ skąd!” - Wykrzyknąłem.

Cud BSFT działa. Działa, bo klient sam dorósł i przekonał się, że jest ekspertem swojego życia.

Ja - cóż. Jadę w marcu - na superwizję z dr Wolfgangiem, Eberlingiem i Jackiem Lelonkiewiczem.

Tekst napisany w lutym 2000.